FreshMail e-mail marketing free online marketing software
Strona główna » Wywiady » Andrzej Klim. Pan od PRL-u

Andrzej Klim. Pan od PRL-u

Historyk-archiwista i historyk sztuki, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i studiów doktoranckich na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, Dziennikarz i redaktor (pracował m.in. dla „Gazety Wyborczej”, PAP, „Profitu”, „Claudii”, „Press”, „Newsweek Polska”, „My Company Polska”, wydawca portalu www.tvn24bis.pl). Andrzej Klim to autor książek: „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60” (PWN),  „Polska – Niemcy 1:0, czyli 1000 lat sąsiedzkich potyczek” (PWN), „Jak w kabarecie. Obrazki z życia PRL” (PWN 2016), „Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL” (PWN 2016).

Punkt Siedzenia:  Napisałeś trzy książki o kulturze w PRL-u. Co Cię tak fascynuje w tym okresie?
Andrzej Klim:  Z jednej strony fascynuje, ale z drugiej naprawdę przeraża, stopień absurdu, do którego doprowadzono zwykłe życie przez te czterdzieści parę lat budowania w kraju czegoś, co udawało socjalizm, czasem z ludzką twarzą, ale zwykle z twarzą tępego partyjniaka. Wstrząsające jest to, jak cynicznie wykorzystywany był przez komunistyczne władze niesamowity entuzjazm społeczeństwa, które z autentycznym zapałem przystąpiło do odbudowy koszmarnie zniszczonego kraju. I jak ta ciężka praca była wykorzystywana, zwykle wbrew tym, którzy dawali z siebie wszystko nie patrząc na osobiste korzyści. Niszczeni byli ludzie, którzy nie chcieli żyć według jedynego słusznego, narzuconego wzorca. Entuzjazm przemieniał się z czasem w nihilizm w stylu: „czy się siedzi, czy się leży dwa tysiące się należy”. A potem, mimo lat gomułkowskiej stagnacji i gierkowskiego rozpasania, rozkradania wszystkiego, obserwujemy narodziny „Solidarności”, chyba jednego z najbardziej niezwykłych zjawisk społecznych nie tylko w naszej części Europy. Mimo próby zdławienia „Solidarności” stanem wojennym, kilka lat później PRL stał się czasem przeszłym dokonanym. Ale proszę sobie wyobrazić, że w czasie powstawały doskonałe filmy, oczywiście również i gnioty. Paradoks polega jednak na tym, że twórcom tych pierwszych rzucano najróżniejsze kłody pod nogi, podczas gdy autorzy „dzieł”, które przeszły do lamusa, byli przez władze rozpieszczani.

Punkt Siedzenia: Gdy szukałeś informacji i sprawdzałeś archiwa, jakie zdarzenie rozbawiło Cię najbardziej, a jakie Tobą wstrząsnęło?
Andrzej Klim: Jeśli zaś chodzi o wydarzenia związane bezpośrednio z kinematografia, to i śmieszą, i przerażają jednocześnie stenogramy z kolaudacji filmów. Kiedy teraz czyta się to, co mówili, nierzadko wielcy koryfeusze naszej kinematografii, oceniając filmy swoich kolegów przed ich dopuszczeniem do szerokiej dystrybucji (albo decyzją o niedopuszczeniu), czasem trudno zachować powagę. A czasem włos się jeży na głowie. Dyskusja o konieczności pozostawienia lub nie w filmie „Rejs” zbliżenia na nagi biust polskiej seks- bomby tamtych lat Jolanty Lothe nadaje się na scenariusz komedii w typie czeskich filmów Formana. To, jak opluwano na kolaudacji „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego naprawdę przeraża. Jak miernoty, które w stanie wojennym podniosły głowy, wylewały wiadra pomyj na film i jego twórców. Jakie fortele stosowano, aby Andrzej Wajda, który był szefem zespołu „X”, gdzie „Przesłuchanie” nakręcono, nie mógł być obecny na kolaudacji. I jak mimo wszystko Wajda bronił filmu.

Punkt Siedzenia:. Napisałeś o kręceniu 10 kultowych filmów PRL. To Twój osobisty wybór najbardziej kultowych filmów? Dlaczego akurat wybrałeś te?
Andrzej Klim: Nie przepadam za określeniem „kultowy”, bo dla każdego kultowe jest co innego, niekoniecznie z najwyższej półki. Status kultowego reżysera z czasem otrzymał przecież Ed Wood uważany powszechnie za najgorszego reżysera Hollywood. A w Polsce są ponoć tacy, którzy za kultowy uważają „Jasne łany”, straszny produkcyjniak z roku 1947. Ale „kultowy” to takie wygodne słowo-wytrych, więc dla wygody wstawiłem je do podtytułu. Książka opowiada o kulisach powstawania filmów, które są ponadczasowe, które z zachwytem oglądamy do dzisiaj, które nieodmiennie od momentu powstania wzruszają bądź śmieszą. Takich filmów powstało znacznie więcej, choćby „Pan Wołodyjowski” i „Potop” Jerzego Hoffmana, „Pociąg”, „Faraon” i „Matka Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Brzezina”, „Panny z Wilka”, „Wesele”, „Człowiek z marmuru” i „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy oraz filmy Krzysztofa Zanussiego, Janusza Majewskiego i Feliksa Falka. Ale papier nie jest z gumy i trzeba było wybrać tylko dziesięć obrazów….

Punkt Siedzenia: Trwa moda na PRL, kulturę i sztukę. Twoim zdaniem, dlaczego?
Andrzej Klim: Nie odpowiem oryginalnie, bo na tego typu pytanie zawsze przytaczam anegdotę opowiadaną niegdyś przez Jerzego Waldorffa. Otóż na początku XX wieku zapytano podczas spotkania towarzyskiego w paryskim salonie mocno leciwą markizę, którego z władców Francji uważa za najlepszego. Bez wahania odpowiedziała, iż cesarza Napoleona III. Zaskoczone towarzystwo zaczęło się dopytywać, dlaczego akurat jego – przecież pod Sedanem poniósł jedną z największych klęsk w historii Francji?! Markiza odpowiedziała z uśmiechem: „Bo wtedy miałam 18 lat!”. I tu leży sekret zainteresowania czasami PRL – czas na czytanie książek i czasopism o tamtych czasach mają ci, którzy wtedy byli młodymi ludźmi. Chcą powspominać te czasy, bo jakie by obiektywnie nie były, oni przeżywali wtedy najlepsze lata swojego życia.

Punkt Siedzenia: Jaki jeszcze aspekt kultury PRL, który nie doczekał się opracowania, a warto by go opisać?
Andrzej Klim: Estrada. Są wspomnienia piosenkarzy, kabareciarzy, aktorów, którzy na niej występowali, ale brakuje książki, która podjęłaby trud całościowego opisania zjawiska jakim była estrada. Jego część stanowił niesamowity zlepek postaci występujących w najdziwniejszych miejscach kraju i zagranicy. W jednym programie obok sławnego nazwiska, które robiło frekwencję, przed publicznością pojawiali się cyrkowcy, śpiewaczki operowe, kabareciarze, piosenkarki i tancerze. Jak wspomina w jednej z moich książek wspaniała Zofia Czerwińska, był to ciężki kawałek chleba – zdarzało się najlepszym polskim artystom występować w ramach koncertów dla „ludzi dobrej roboty” dla stróży nocnych, którzy spali ubrani w kożuchy na widowni, bo występ zaczynał się po ich pracy, czyli o godzinie szóstej rano.

Punkt Siedzenia: Czy zdarza się, że po ukazaniu się książki odzywają się czytelnicy, którzy mówią „nie, proszę pana, to nie było tak?” albo naświetlają z innej strony jakiś incydent?
Andrzej Klim: Podczas spotkań z czytelnikami czasem ktoś opowie jakąś historię, najczęściej z własnym udziałem, dotyczącą któregoś z wątków opisanych w książce, ale nie spotkałem się z zarzutami pisania nieprawdy. Oczywiście, w czasie zbierania materiałów zdarza się, że jakieś wydarzenie opowiedziane zostało przez każdego ze świadków w zupełnie inny sposób. Cóż, lata lecą, pamięć ludzka jest zawodna, a czasem jest to też okazją na dyskretną zmianę jakiegoś niewygodnego wydarzenia z przeszłości w oczach potomnych. Jeżeli jest możliwość, to taką wersje staram się zweryfikować. Jeżeli nie ma – przytaczam dwie, lub więcej wersji tego samego zdarzenia. Tak dzieje się na przykład w przypadku filmu „Rejs”.

Punkt Siedzenia: Jakie są Twoje plany jako historyka i pisarza?
Andrzej Klim: Po każdej książce mówię, że to była już ostatnia. Nie piszę z głowy, czyli z „niczego”, gdzie rzecz polega na tym, aby zasiąść i spisać zdania, które rodzą się w głowie. Ja wykonuję momentami katorżniczą pracę – np. wyszukuję w materiałach, które pozornie nie mają nic wspólnego z tematem o którym piszę, jednego zdania, które okazuje się kluczowym dla całego rozdziału. Skąd wiem, że akurat tam je znajdę? Tu właśnie intuicja i doświadczenie historyka są niebywale pomocne. Zbieranie materiału to naprawdę bardzo wyczerpująca praca. I kiedy mam w końcu w ręce jeszcze ciepły egzemplarz mówię sobie: „Dość! Nigdy więcej!”. Po czym po pewnym czasie, trawestując Wyspiańskiego, „Taka mi się snuje książka…”. Teraz też mi już się snuje. Myślę o biografii pewnej znanej osoby, która potrafiła się doskonale odnaleźć i w czasach PRL i później. Taki „self made man” z ogromną klasą.

 

 

Fot. Marcin Marchwiński (portret), serwisy prasowe, www.readingspace.pl

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 + 14 =

Zostaw maila

a nic Ci nie ucieknie!

FreshMail e-mail marketing free online marketing software